niedziela, 14 czerwca 2015

O Pijaczku, co nie był pijakiem

Felipe Neves

Raz na jakiś czas idę do knajpy. Sączenie piwa przez różową słomkę w zadymionym lokalu, gdzie jedynymi gośćmi są gimnazjaliści (bo sprzedają bez dowodu!) i kilka nieszkodliwych pijaczków, nie jest, nieskromnie przyznam, najbardziej szaloną rzeczą, jaką zdarzyło mi się zrobić. A jednak wyjście do knajpy to Wydarzenie. Przede wszystkim dlatego, że nieustannie spotykam ludzi, których wolałabym nie spotkać.

Czasami los karmi nas złudzeniami. Wiemy to z literatury – Edyp robił wszystko, żeby nie przelecieć swojej matki i nie zabić własnego ojca. I co? Obie te rzeczy zrobił i jeszcze wydrapał sobie oczy. Wiemy to także z życia – wystarczy obejrzeć choć jeden odcinek kultowych programów w stylu Dzień, który zmienił moje życie. Same złudzenia – kobieta myśli, że mąż ją zdradza, a potem dowiaduje się, że to jego brat–bliźniak–o–którym–nikt–nie–wiedział. Powiecie, że to telewizja, a nie prawdziwe życie. Czyżbyście nie zauważyli, że po każdym odcinku pojawia się napis: TA HISTORIA OPARTA JEST NA FAKTACH? Mam nadzieję, że to rozwiewa wasze wątpliwości.

Tak też było i tym razem. Wchodzę do baru ze znajomą od piwa i wielce poważnych rozmów o prozie rosyjskiej. Zaglądamy – pusto. Rozmawia nam się miło, nikt nie gra w darta i nie wrzeszczy mi nad głową: wygrałem, turlaj dropsa do Betlejem! Nie dosiada się żaden pijaczek z prośbą o drobne. Jest naprawdę świetnie.

I wtedy słyszę ten dźwięk. Przekleństwo wypowiedziane dziewczęcym głosem. Nadchodzą. Myślę sobie, że może usiądą gdzieś dalej, knajpa duża, może w sali dla niepalących spoczną, zamówią piwko i okażą się wspaniałymi, kulturalnymi ludźmi, którzy po prostu lubią czasem rzucić mięchem? Ale nie. Lubią rzucać mięsem, ale lotkami też. Do tarczy obok naszego stolika.

Zaczęło się, grają, wrzeszczą mi coś nad głową i sama już nie wiem czy koleżanka pyta mnie o dropsa, czy to oni chcą go turlać do tego przeklętego Betlejem. Wiem, że teraz bluźnię, ale wtedy bluźniłam stokroć gorzej, bo już naprawdę miałam dość hałaśliwego towarzystwa, a jednocześnie wstyd mi było, że taka jestem małomiasteczkowa i się bawić nie umiem. Pogodziłam się z losem, przybiłam mu piątkę, nawet stwierdziłam, że gra w darta nie jest taka zła, że kiedyś się skuszę, może wygram nawet…

Wtedy los, ta fałszywa świnia – powiedzmy sobie szczerze – pokazał mi środkowy palec. Obok mnie usiadł nagle mężczyzna o rozbieganych oczkach, niepewnym uśmiechu i z podejrzanie kiwającą się głową. Jasna diagnoza. Pijaczek! Nie pytał o drobne, a o papierosa. Zaproponował nawet, że zapłaci. Koleżanka pieniędzy nie chciała, lecz jej uśmiech mówił jasno: fajka za spokój. Pijaczek wypalił fajkę (s)pokoju i znowu mogłyśmy przeprowadzać nasze rozmowy na niezwykle wysokim poziomie intelektualnym o poezji hiszpańskiej. Jednak los, ta świnia fałszywa, nie byłby losem, a Pijaczek nie byłby Pijaczkiem, gdyby po prostu nie zagadał. Co robić? Wrodzony egoizm studentek polonistyki udających oczytanie, walczył z równie wrodzoną uprzejmością wobec ludzi starszych, księży, nauczycieli i pijaków.

Jakiś bardzo nieokreślony czas później miałam ogromną ochotę opuścić lokal i więcej tam nie wracać. Ze wstydu. Wiecie, Pijaczek to nie menel. To nie obleśny, spocony facet, który proponuje, że postawi drinka, w zamian za to, że ty też postawisz mu coś w męskiej toalecie. To nie nawalony malkontent, któremu w Polsce źle, niedobrze, bo wiecznie brakuje mu kasy do flaszki. Pijaczek pracuje sobie dorywczo, kilka lat temu wyszedł z więzienia i cały czas chodzi na terapię przeciw agresji. Nosi w portfelu zdjęcie swojej córki i mamy, która nie żyje. Jest góralem i nienawidzi, gdy ktoś podnosi rękę na kobietę. Kocha swojego brata, ale gdy ten bije żonę, Pijaczek daje mu po gębie, żeby się opamiętał. W takich chwilach nie umie powstrzymać agresji, a ja go rozumiem. Dużo się śmieje, lubi wielkie miasta i dyskoteki, ale najlepiej jest mu w rodzinnej Wiśle - rozpiera go duma, wiadomo, jak Wisła to i Małysz. Pijaczek trochę się wstydzi, że nie ma pieniędzy, bo chciałby mieć czym poczęstować gości, których ma wielu.

Towarzystwo od darta jest mocno zniesmaczone. Rzuca zdziwione spojrzenia: czemu rozmawiamy z Pijaczkiem?! Nie patrzę na nich. Staram się nie myśleć o tym, że przed chwilą miałam tak samo zdegustowaną minę. Zamiast tego uśmiecham się do znajomej, która klepie Pijaczka po plecach i mówi: Jano, jesteś zajebisty. Kiwam głową, piję piwo i czuję, że jest mi głupio.

Gdy patrzyłam na Pijaczka, który głośno się śmiał i podobnie jak ci od darta, rzucał mięchem bez skrępowania, wciąż przychodziło mi do głowy jedno zdanie. Lepiej głośno przeklinać, niż być małym, cichym sukinsynem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz