niedziela, 23 sierpnia 2015

Nigdy nie bądź sługusem!


Wszyscy ich znamy. Czasem sami nimi jesteśmy. Kiedy ich widzimy, czujemy zażenowanie, wyższość, brak zrozumienia. Skąd się biorą? – myślimy, pełni pogardy, nawet jeśli my byliśmy przyczyną ich zachowania. Gdy się nimi stajemy, wypieramy to szybko ze świadomości. Są tacy, którzy weszli w tę rolę w dzieciństwie i nie wychodzą z niej do końca życia. Może nawet o tym nie wiedzą, ale całe życie są sługusami.

Widzę ich najczęściej w sklepach. To zwykle kasjerki, ekspedientki, czasem sprzątaczki, choć one zwykle mają jaja. Kobiety, które wstydzą się swojej pracy. Kobiety, które swoją postawą, swoim służalczym uśmieszkiem od początku pokazują gdzie jest ich miejsce w szeregu. Gdyby świat był jednym wielkim wojskiem, zaraz występowałyby na przód tylko po to, żeby zgłosić się na ochotnika do mycia kibli. Oczywiście z autentycznie skromną miną, bo przecież wiedzą, że to dla nich zaszczyt. Siedzą za swoimi kasami, za ladami i mówią dzień dobry tym najmilszym głosem, na jaki potrafią się zdobyć. Tu nie chodzi o sympatię. Wcisną te dzień dobry w dupę każdemu gburowi, który w ich towarzystwie prędzej pierdnie niż na to przywitanie odpowie. Strwożonym głosem proszą o drobne, bo w kasetce pusto, a jakoś wydać trzeba. Klient – nasz pan? Klient – nasz bóg! Piękna pani w koszulce polo z krokodylkiem szuka drobnych w swoim zajebiście drogim, pachnącym skórą portfelu Majkela Korsa. Jej wypielęgnowana skóra, jej błyszczące paznokcie, jej złote pierścionki – to wszystko tak boleśnie kontrastuje z suchą, brzydką dłonią ekspedientki. Ale drobne są! Kasjerce trzęsą się ręce gdy zbiera te żółte grosiki i liczy, żeby się tylko nie pomylić. Dziękuje najserdeczniej jak umie, za to, że paniusia raczyła poświęcić dwadzieścia sekund swojego czasu na tego pomiota za ladą. Paniusia, wkurwiona, zerka na swój apartowy zegarek i wzdycha, mrucząc coś o tym, że trzeba się było uczyć.

Moja mama całe życie pracuje jako sprzedawczyni. Kocha swoją pracę. Jest piękna, zadbana i w niczym nie przypomina opisanej powyżej ekspedientki. Bo nigdy, przenigdy nie pozwoliła sobie na to, żeby ktokolwiek – szef, klient, dyrektor – ją obraził. Mnóstwo razy przychodziła do domu i opowiadała o przeróżnych ludziach, którzy w jakiś sposób czuli się lepsi – tylko dlatego, że moja mama, jako ekspedientka musiała ich obsłużyć. Każda, absolutnie każda ta historia kończy się zajebistą ripostą mojej mamy. Niektórzy biegli od razu do szefa albo punktu obsługi klienta, żeby naskarżyć na tę niedobrą panią, która nie dała się zmieszać z błotem. Mama nigdy nie miała z tego powodu nieprzyjemności. Nigdy.

Gdy byłam dzieckiem wiele razy ktoś mnie obrażał. Byłam idealnym celem, zawsze trochę mniejsza, chudsza, słabsza, zawsze z boku. Rzadko kiedy umiałam coś sprytnie odpowiedzieć. Zwykle w domu, gdy rozpamiętywałam te przykre sytuacje, przychodziły mi do głowy najlepsze riposty (po których koniecznie trzeba by było dodać: ZATKAŁO KAKAŁO?). Ale nadszedł taki dzień, że starsze rodzeństwo zaczęło dokuczać rozpieszczonej gówniarze i wtedy coś się zmieniło. Przestałam się obrażać, a nauczyłam się odpowiadać. I gdy poszłam do swojej pierwszej pracy, czyli na kasę do marketu, byłam perfekcyjnie przygotowana na klientów z bólem dupy. Zamiast sprzedawać im maść, po prostu sprzedawałam im z buta i z uśmiechem obsługiwałam kolejnych klientów.


Dla mnie oczywiste jest to, że nigdy nie będę sługusem. Uwielbiam być uprzejma, uśmiechnięta i służyć pomocą. Ale tylko jeśli ktoś sobie na to zasłużył. A jeśli nie… Wezmę może przykład z jednej z najfajniejszych kobiet, jakie znam. Gdy klient rzuci mi hot dogiem o ladę, bo właśnie dostał pierdolca, wykopię go ze sklepu. Wykopię. I to nie jest metafora.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz