środa, 16 września 2015

Dlaczego warto czytać chłam?


Gdyby ktoś nie wiedział – ten tekst pisze studentka polonistyki. Tak, jednego z najbardziej loserskich kierunków, zaraz po filozofii, coachingu i kulturoznawstwie. Oczywiście można się spodziewać, że jeśli chodzi o książki, jestem obrzydliwym snobem, co (niestety) nie jest współmierne do poziomu mojego oczytania. Ale często wiedza i improwizacja dają mi możliwość mówienia o książkach, których nigdy nie przeczytałam. I nie mam tu na myśli brawurowych ściem na egzaminach z literatury staropolskiej. W nieoczytaniu nie ma niczego złego. Nawet Platon przybiłby mi piątkę.  
Posiądą bowiem wielkie oczytanie bez nauki i będzie im się zdawało, że wiele umieją, a po większej części nie będą umieli nic i tylko obcować z nimi będzie trudno.
I żeby nie było – znam ten cytat z YouTuba, nie z książki.

W oczytaniu także niczego złego nie ma. Platon spanikował, bo myślę, że ze sztuki, jaką jest pisanie, nic złego nie wynikło. Oczywiście prócz tysięcy beznadziejnych książek.

Znajdą się pewnie optymiści, którzy stwierdzą, że z każdej książki można wyciągnąć coś dobrego. Jasne, że możemy tak podejść do sprawy. Mój ulubiony przykład to Pięćdziesiąt twarzy Greya. Wiecie, co dobrego wyciągnęłam z tej lektury? Jest to wręcz klasyczny przykład chłamu. Podręcznikowy, typowy i szalenie rozpoznawalny. Mogę go użyć w wielu momentach, jako przykład kompletnej klapy. Nie zdziwię się, gdy tytuł tej książki stanie się związkiem frazeologicznym.
- Przespaliście się? Jak było?
- Daj spokój… Pięćdziesiąt twarzy Greya…
- (wzrok pełen współczucia)
Nie żałuję, że przeczytałam tę książkę, zwłaszcza, że zajęło mi to dwa, w porywach trzy dni. Mogę ją wszystkim odradzać i nikt mi nie zarzuci, że robię to bezpodstawnie. Oprócz tych świrów, którzy uważają, że powinnam przeczytać pozostałe części, bo są lepsze. No cóż, moi drodzy, nie są. Bo niestety, prócz przewidywalnej jak kariera Joli Rutowicz fabuły, nie znajduję tam ani dobrego języka, ani dobrego stylu, ani dobrego seksu.
Poza tym książki proste, niewymagające interpretacji, nie zdobywające nagród i nie będące przedmiotem badań uczonych ludzi są w porządku i często dają więcej radości niż wielkie klasyki. Po prostu czasem trzeba obejrzeć kiepski film, głupi teleturniej albo wejść na bloga Kasi Tusk. I tak samo trzeba czasem przeczytać zwykłą, pozbawioną laurów i wybitnych recenzji, książkę. Wiecie, miałam kiedyś taką polonistkę. To zła kobieta była. Bardzo interesująca, niezwykle inteligentna, ale jednak… Królowa śniegu. Jedno spojrzenie i cała klasa milkła. Nigdy nie żartowała, a jej uśmiechy policzyć mogliśmy na palcach jednej ręki. Ręki gościa, który włożył łapę pod piłę mechaniczną. Kiedyś, gdy przyznałam się jej, że przeczytałam książkę Grocholi, zmierzyła mnie TYM wzrokiem i odparła, że nie czyta kiepskich książek, bo życie jest na to za krótkie. Gdybym miała jaja i trochę mniej rozsądku, odparłabym: bardzo pani współczuję. Przynajmniej zrozumiałam, dlaczego jest taka dziwna.

Dlatego, żeby nie zwariować, trzeba czasem przeczytać jakiś chłam, wyśmiać go, a potem zrozumieć, że dobrze, że i ta książka istnieje. Bo pewnie jest na świecie choć jeden wariat, któremu dała radość. Być może tym człowiekiem jest tylko autor, ale co z tego? Poza tym… Życie jest za krótkie, żeby czytać same dobre książki.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz